Polsko-amerykańska koprodukcja uznanego reżysera Wiesława Saniewskiego, z gwiazdorską obsadą (Paweł Szajda, Janusz Gajos, Marta Żmuda Trzebiatowska, Wojciech Pszoniak, Grażyna Barszczewska, Peter J. Lucas, Robert Gonera). Zrealizowana z rozmachem (wiele ciekawych lokalizacji w kraju, w USA i Niemczech)ciepła i pełna emocji historia młodego pianisty, który straciwszy wszystko, dzięki przypadkowemu spotkaniu z pasjonatem wyścigów konnych, odnajduje swoją życiową drogę i spotyka miłość. Doskonałą grę aktorów uzupełnia ścieżka dźwiękowa, w której obok utworów Chopina oraz elektryzującego tanga i muzyki Carlosa Libedinsky’ego,twórcy światowego nurtu Narcotango, znalazły się także trzy głośne piosenki Elvisa Presleya.
Z prądem i pod prąd
Wiesław Saniewski należy do tej nielicznej grupy twórców polskiego kina, którzy podejmują rzadko poruszane tematy i penetrują nieczęsto pokazywane środowiska. Konsekwencja i styl myślenia o kinie przyniosły mu zresztą międzynarodowe uznanie. I tym razem stawia pytania aktualne (choć pomysł na film powstał wiele lat temu) i niewygodne. Pyta o zależność sztuki i rynku, o subiektywizm ocen i względność ścigania się o uznanie wpływowych gremiów, co wiąże się często z karierą w sensie czysto komercyjnym. „Wygrany” jest także opowieścią o przyjaźni łamiącej bariery pokoleniowe i bariery mentalności. Swoim zwyczajem, twórca filmu postawił na precyzyjny i wieloznaczny rysunek postaci bohaterów. W tym celu pozyskał wielce cenionych polskich aktorów: Janusza Gajosa i Wojciecha Pszoniaka, a także pracującego głównie w USA Pawła Szajdę oraz piękną i popularną Martę Żmudę Trzebiatowską. Film daje obraz dwóch hermetycznych środowisk: międzynarodowej sławy pianistów i ich otoczenia oraz graczy na wyścigach konnych. Tak doskonale udokumentowanego obrazu tych zamkniętych światów w kinie polskim jeszcze nie było.
Reżyser o filmie:
„Wygrany” to opowieść o przyjaźni na pozór niemożliwej; o ludziach, którzy szukają swego miejsca w życiu – miejsca, w którym wolność osobista stanowi punkt centralny. To film o tym, co w życiu każdego człowieka najważniejsze, a o czym bardzo często zdarza nam się zapominać i o tym co każdego z nas uskrzydla – realizowaniu własnych marzeń. To także film o ściganiu się w życiu i sztuce – historia wybitnego młodego pianisty, który odrzucając szansę na wielką karierę, wygrywa. Istotą twórczości (również wykonawstwa) jest nieporównywalność, jedyność, niepowtarzalność. Uzurpacją i zasadniczym grzechem konkursów sztuki jest stawianie na wadze, klasyfikowanie i mierzenie w sensie ilościowym tych wartości, które są porządku jakościowego. Lecz to właśnie konkursy – czego najbardziej drastycznym przykładem jest chyba pianistyka – decydują potem o krajowym i światowym rankingu artystów, o ich przyszłości i o tzw. wartości rynkowej. I jakże często ci najlepsi przegrywają. Jest to więc także film o relatywności ocen w sztuce, o pewnym okrucieństwie wpisanym – mówiąc w uproszczeniu – w rzecz tak wzniosłą i, wydawałoby się, czystą, jak działalność artystyczna. Przedstawiona historia, rozgrywająca się w dużym stopniu w środowisku pianistycznym, świetnie zdokumentowanym przez konsultantów scenariusza, będzie – mam nadzieję – zrozumiała dla każdego. Świat muzyki a właściwie świat konkursów, będący naturalnym środowiskiem Olivera, pokazany jest tu od strony nieznanej kinowej publiczności. Zostaje brutalnie odarty z romantycznego mitu i skontrastowany ze światem wyścigów konnych (świat Franka). Ten ostatni jest tą przestrzenią, w której spełniają się marzenia, gdzie niemożliwe staje się możliwe. „Wygrany” to jednak przede wszystkim opowieść o ludziach: o bezinteresowności i przyjaźni, przełamywaniu samotności, odnajdywaniu miłości i o marzeniach. W tej warstwie wzorem jest dla mnie znakomity dramat amerykański „Strach na wróble”. W czasach, kiedy człowiek zamyka się na drugiego człowieka, kiedy mamy wielki problem z wyrażaniem uczuć i porozumieniem między sobą, opowieść ta nabiera szczególnej wymowy. Przedstawia bowiem związek ludzi, którzy pozornie nie mają i nie powinni mieć ze sobą nic wspólnego. Wszystko ich właściwie dzieli: wiek, zainteresowania, środowiska, w których żyją. Okazuje się jednak, że te różnice nie mają znaczenia, a bezinteresowna, prawdziwa przyjaźń jest możliwa.
Rozmowa z Wiesławem Saniewskim
Jak zrodził się pomysł na scenariusz „Wygranego”? Czy tekst zawiera wątki autobiograficzne?
W.S.: W 1989 roku zostałem zaproszony z filmami „Nadzór” i „Dotknięci” do Chicago, na pierwszy Festiwal Filmu Polskiego w Ameryce. Z pomysłodawcą i gospodarzem imprezy Krzysztofem Kamyszewem rozmawiałem o moich pomysłach na następny film. Opowiadałem mu też o mojej „końskiej” pasji. Dzieliliśmy się refleksjami na temat naszych doświadczeń z udziałem w jury różnych konkursów, w których ścigali się artyści. Zgodziliśmy się, że warto kiedyś zrobić o tym film. Wkrótce Krzysztof, przyszły koproducent „Wygranego”, zorganizował mi w Stanach stypendium, bym mógł napisać scenariusz. W 1991 roku powstała jego pierwsza wersja.
Scenariusz powstał więc 20 lat temu. Czy od tamtej pory uległ ewolucji, czy też pozostał bez większych zmian?
W.S.: Nad tekstem pracuję do ostatniej chwili, nawet tuż przed samym ujęciem. Powstało kilka wersji scenariusza, lecz jego idea, konstrukcja, główni bohaterowie – to wszystko pozostało bez zmian.
Czy, podobnie jak w „Dotkniętych” i „Bezmiarze sprawiedliwości”, opowiadana przez pana historia czerpała z rzeczywistości? Jeśli tak, na ile znalazło to odbicie w filmie?
W.S.: Znakomity polski tenisista Władysław Skonecki, który słynął z precyzji w grze i zaskakujących rozwiązań taktycznych, po zakończeniu kariery wyjechał do Austrii. Ponieważ był miłośnikiem wyścigów konnych, nieraz próbował gry na torach Austrii i Niemiec. Często z pozytywnym skutkiem. To on powiedział, że na polskich koniach, które biorą udział w wyścigach na Zachodzie, można wygrać duże pieniądze. Dlaczego? Bo polskich koni nikt nie obstawia, stąd wysokie wypłaty. Z tego, co wiem, jeździł na tory, gdzie miały startować nasze konie. Pewnego razu przeczytał, że w Wielkiej Nagrodzie Europy w Kolonii startuje polski koń Czubaryk. Pan Władysław pojechał tam, żeby go zagrać w różnych kombinacjach. Ogier przybiegł drugi, przegrywając jedynie o szyję z najlepszym koniem w historii niemieckiej hodowli, Nebosem. Pan Władysław zaryzykował i wygrał spore pieniądze. Ale to, co zdarzyło się rok później, w 1980 roku, przeszło do historii wyścigów. Kompletnie nieliczony polski ogier, sześcioletni Pawiment, wygrał Wielką Nagrodę Europy, bijąc najlepszego konia z Francji oraz znakomitego Nebosa! Skonecki przewidział to na kilka tygodni przed wyścigiem. Nikt w to nie wierzył i nikt nie chciał z nim zagrać Pawimenta. Pan Władysław nie miał wyjścia, musiał zagrać sam. Za trzy konie po kolei wypłata wynosiła bodaj 100 tysięcy marek za 10 marek. Podobno pan Władysław wygrał w tym wyścigu majątek. To on jest pierwowzorem postaci Franka. Historia młodszego z bohaterów, Olivera Linovsky’ego, powstała z inspiracji historią Ivo Pogorelicia, a także jednego z polskich pianistów. Nie będę mówił którego.
Jak przebiegał proces finansowania filmu? Na jakie natrafił pan trudności i ograniczenia?
W.S.: Nie mieliśmy problemów z finansowaniem do momentu, gdy telewizja publiczna, która zadeklarowała, że będzie współproducentem „Wygranego”, stała się telewizją polityczną. Wtedy przestała interesować się produkowaniem polskich filmów i wycofała z wcześniejszych ustaleń i zobowiązań. Musieliśmy znaleźć nowych koproducentów. Na szczęście, oprócz pieniędzy z PISF, zdobyliśmy fundusze z konkursu dolnośląskiego, który wygraliśmy. Udało się też pozyskać dla naszego projektu inwestorów prywatnych.
Ma pan wykształcenie matematyczne. Zapewne pomogło w tworzeniu postaci Franka?
W.S.: Trochę tak. Frank jest logiczny, ma analityczny umysł, ale wie też, że
„wyobraźnia jest ważniejsza niż wiedza”. Bardziej jednak w budowaniu tej postaci
przydało mi się doświadczenie wyniesione z gry na wyścigach.
Pana filmy są z reguły doskonale udokumentowane. Jak długo w tym przypadku trwał ten proces? Czy i z kim oraz w jakich kwestiach pan się konsultował?
W.S.: Zawsze dużą wagę przykładam do dokumentacji tematu. Na każdym etapie. Zarówno wtedy, gdy powstaje scenariusz i później – w okresie przygotowawczym, przed zdjęciami, a także w trakcie zdjęć. W przypadku „Wygranego” było to szczególnie ważne i trudne – dotyczyło bowiem dwóch mało przez kino eksploatowanych środowisk: pianistycznego i miłośników wyścigów konnych. Jeśli chodzi o środowisko muzyczne – na pierwszym etapie miałem dwóch konsultantów, doskonale znających kulisy międzynarodowych konkursów pianistycznych, przede wszystkim Konkursu Chopinowskiego. Na etapie realizacji doszedł jeszcze jeden konsultant, znakomity pianista Janusz Olejniczak. Nawiasem mówiąc, werdykt ostatniego Konkursu Chopinowskiego idealnie wpisuje się w historię, ukazaną w naszym filmie.
Jest pan reżyserem-erudytą, doskonale znającym tradycję filmową. Wspomniał pan o „Strachu na wróble” oraz „Nocnym kowboju”. Czy to były pana źródła inspiracji?
W.S.: Tak, oba wymienione tytuły bardzo mnie inspirowały przy budowaniu wątku niezwykłej, bezinteresownej przyjaźni dwóch mężczyzn, których na pozór wszystko dzieli: wiek, środowiska, zainteresowania. Łączą – niezależność, wewnętrzne ciepło i potrzeba wolności, a także otwartość na innych.
Jak wiele zawarł pan w tym filmie własnej wiedzy o grze na wyścigach?
W.S.: Dużo. To jedna z nielicznych gier, w których mamy szanse na wygraną. Trzeba
tylko spełnić dwa warunki: należy myśleć i poszerzać swoją wiedzę o temacie, a więc
także o hodowli koni, o ich treningu itd. To bardzo przypomina grę na giełdzie i nie ma
nic wspólnego z grami losowymi, w których o wszystkim decyduje przypadek. Jest
zresztą świetnym ćwiczeniem dla umysłu. Ale nie tylko. Prawdę mówiąc, konie to,
obok filmu, moja prawdziwa pasja.
Jak wyglądała praca z aktorami? Janusz Gajos i Wojciech Pszoniak to wielkie indywidualności, z kolei Szajda i Lucas to aktorzy występujący głównie w USA, a Żmuda Trzebiatowska ma sporą praktykę telewizyjną. Czy odmienne nawyki i styl pracy stanowiły jakąś przeszkodę? Czy odbywały się próby jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć?
W.S.: Praca z aktorem polega z grubsza na uzyskaniu od niego prawdy psychologicznej i przeniesieniu jej na ekran. Nie ma większego znaczenia, czy aktor ma praktykę telewizyjną czy filmową. Chociaż, oczywiście, to drugie doświadczenie bardziej procentuje. Największe i najtrudniejsze zadanie stało przed odtwórcami głównych ról, Januszem Gajosem i Pawłem Szajdą. Z nimi też, jeszcze przed rozpoczęciem zdjęć, najdłużej pracowałem. Jednak praca z nimi była prawdziwą przyjemnością. Obaj byli świetnie przygotowani, merytoryczni, pełni zapału i pomysłów. Dodatkową trudnością dla obu aktorów było poznanie nowych środowisk i wejście w role znawcy wyścigów i pianisty. Jeden musiał nauczyć się grać na wyścigach, drugi – na fortepianie. Obaj wykazali się dużym profesjonalizmem. Podobnie zresztą jak pozostali aktorzy.
Czy wypracowaliście wspólnie z operatorem klucz wizualny, by w jakiś szczególny sposób pokazać sceny wyścigów?
W.S.: Miałem dwóch równorzędnych autorów zdjęć, z których jeden – Piotr Kukla – miał bardzo duże międzynarodowe doświadczenie, a drugi – Piotr Sobociński Jr – był obiecującym debiutantem. Świetnie się uzupełniali i myślę, że dobrze się w trójkę rozumieliśmy. Już na etapie rozmów o scenariuszu omówiliśmy styl zdjęć, wizualizację przeżyć bohaterów. To temat na osobne opowiadanie. Duże znaczenie miał wybór obiektów i scenografia. Miejsca, w których toczy się akcja, a jest ich w „Wygranym” wyjątkowo dużo, były przez scenografkę Grażynę Molską starannie wybrane. Ten wybór był podporządkowany idei filmu – musiały mieć charakter, mówić coś o bohaterach, podkreślać ich stan ducha. Zdarzało się, że przemalowywaliśmy „pod kamerę” całe ściany, zmienialiśmy kolorystykę poszczególnych elementów wnętrz. Samych wyścigów nie chcieliśmy jednak pokazywać w jakiś szczególnie atrakcyjny sposób. Najważniejszy wyścig w filmie miał być dramatyczny i przebiegać na naszych warunkach, opisanych w scenariuszu. Nie było to łatwe, ale udało się. To była zasługa operatorów, dżokeja i montażysty. Nie mówiąc o koniu.
W filmie rozbrzmiewa muzyka Fryderyka Chopina, ale także zdobywającego coraz większe uznanie na świecie twórcy narcotango, Carlosa Libedinsky'ego. Skąd pomysł, by wykorzystać właśnie jego utwory i jaką rolę stworzona przez niego muzyka pełni w „Wygranym”?
W.S.: Początkowo symbolem uwolnienia się Olivera spod kurateli menadżera i matki, szukania własnej drogi życiowej, miał być Chopin jazzowy i w ogóle jazz. Jednak wydało mi się to zbyt oczywiste i w pewnym sensie zbyt łatwe, zwłaszcza że dzisiaj wielu muzyków poszło tą drogą. Chopina na jazzowo można usłyszeć wszędzie. Ale Chopin jako autor tanga? Tego nie było. Poza tym chciałem, żeby to był motyw związany z dziadkiem głównego bohatera. Do niego zdecydowanie bardziej pasowało tango. Problem polegał na tym, jak znaleźć współczesnego kompozytora tanga, który to zrozumie i wykona. I wtedy usłyszałem muzykę skomponowaną przez Argentyńczyka, Carlosa Libedinsky'ego. Gdy dowiedziałem się, że jego dziadek był Polakiem, nie miałem wątpliwości, że to właściwy człowiek dla mojej idei. Carlos jest człowiekiem bardzo zajętym, lecz kiedy usłyszał Koncert E-mol Chopina w wykonaniu Marthy Argerich, powiedział: „Przecież to jest tango”. Tak zaczęła się nasza współpraca. Jeden z głównych wątków jego muzyki to właśnie tango na motywach wspomnianego koncertu.
Na ścieżce dźwiękowej można usłyszeć także trzy piosenki Elvisa Presleya.
W.S.: Muzyka w naszym filmie spełnia bardzo ważną rolę, jest jednym z jego bohaterów. O ile tango było przyporządkowane relacji Oliver-dziadek, o tyle piosenki Presleya są związane z postacią Franka, Polaka urodzonego w USA. Frank pod koniec wojny, jako niespełna 18-letni chłopak, znalazł się z amerykańską armią w Berlinie. Tam też po wojnie służył w wojsku Presley. Starszy z bohaterów z humorem nawiązuje do tamtych faktów, mówiąc, że to „kolega z wojska”. Trzy piosenki w wykonaniu Presleya, użyte w naszym filmie, komentują sytuacje związane z Frankiem, dopowiadają znaczenia, których nie ma w dialogach. Są to niekiedy komentarze ironiczne, lecz zawsze ciepłe, pozytywne. Tak jak nasi bohaterowie.